31 października 2021 Autor Edyta Edis Anonima Rauhut 0

Mateusz Prygoń: Trzy noce światłości

Spread the love

Mateusz Prygoń: Trzy noce światłości

Cykl: Blogowa czytelnia literacka

Ponownie zapraszam do Blogowej czytelni literackiej – może nie będzie tak strasznie, ale z pewnością ciekawie. Dzisiaj będzie okazja, by zapoznać się z kolejnym utworem prozatorskim Mateusza Prygonia – muzyka, prozaika i poety. Nosi tytuł Trzy noce światłości. Autor przyzwyczaił nas do tego, że wędrówkę przez fabułę rozpoczynamy od wnętrza głównego bohatera/narratora. Tym razem nie będzie inaczej. Granice pomiędzy myślą, a rzeczywistością się początkowo zacierają, ale cierpliwości… Budowanie napięcia również ma opanowane doskonale. Główny bohater błądzi w świetle, mroku, potem znów w świetle…, ale, co tak naprawdę będzie bardziej wstrząsające? Mrok częściowo nas chroni, ale światło pozwala spojrzeć prawdzie w oczy i odnaleźć nadzieję, ale jakie sztuczki stosuje umysł, by chronić się przed trauma? Obrazy metaforyczne, w które wplecione są elementy realizmu prowadzą nas, a czasem zwodzą. Zdarzenia znajdują się między słowami. Macie ochotę je poznać?

Trzy noce światłości

 

Każdy nowy dzień zaczyna się głęboką nocą. Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie gaś
nigdy światła nadziei. (Bob Dylan)

Obłok i ciemność wokoło Niego, sprawiedliwość i prawo podstawą Jego tronu (Ps 97,2).

 

Wokoło panowała jasność. Wszechogarniająca próżnia, gęsto wszystko okrywająca. Otaczała go zewsząd, nieporadnie brnącego między przytłaczającą kurtyną bieli. W dziwactwie spowolnionych ruchów zdawał się jednak być czymś zdeterminowany. Wciąż brnął, w półświadomości widząc zarysowany w dalekiej otchłani, przyciągający tajemniczą niewyrazistością kontur. Czegoś tam czekającego chciał dotknąć, osiągając cel.

Teraz, widząc go, było mu już lżej. Płynął nieprzerwanie w gładkiej jasności ku jeszcze jaśniejszej bieli, jeszcze czystszej jasności, formującej się kształtnie niemal wokół niego. Dlatego, że chciał tego. Dzięki temu wznosił się, niemal lecąc ku wyłaniającym się, trzepoczącym płócienną subtelnością kształtom – jeszcze jaśniejszym w swej bieli, jeszcze czystszym w swej jasności. Okalały one idealną przejrzystością coraz wyraźniejsze zarysy jego celu.

Pojawiła się wreszcie, ukazując w całej swej krasie świetliście jaśniejącą postać. Śnieżnobiałe piękno przyciągało swoją cudownie idealną prostotą. Teraz uczucie lekkości zawładnęło jego bytem, unoszącym się z ożywczą energią na trzepoczącym płótnie ruchliwej teraźniejszości. Postać, którą przed chwilą okalało, rozmyła się gdzieś pośród swego płaszcza, idealnie jasnego w swej bieli, czystego w swej jasności, uplecionego z nierealnie cudownych chwil. Czekały na niego nieopodal, chciał skryć się w ich kojącym płaszczu, tak obszernym, że aż wszechobecnym. Spostrzegł nagle, że wciąż poruszał się w jego niezauważalnej obecności. Układał się za nim w krętą ścieżkę, znikał gdzieś i ponownie wyłaniał  na horyzoncie rozciągającego się w dali, nierealnie cudownego celu. Do tej pory nie widział go, teraz zaś, będąc tak blisko, idealnie czysty w swej jasności blask rozjaśnił jego uśpiony w półświadomości umysł. Wystarczy tylko przekroczyć ten kawałek przyszłości, skrywający przed nim krótki odcinek drogi, aby dostać się do celu, skąd słyszał nawoływanie. Wołała go po imieniu. Coraz wyraźniej słyszał jej głos, odczuwając zarazem coraz intensywniej cudowne ciepło uczuć w nim zawartych . Chciał dojść do jego źródła nie oglądając się za siebie, dosięgnąć jej – będącej poza przeszłością i przyszłością.

Gdy otworzył oczy, ogarnął go przytłaczający mrok. Gęsta ciemność, zdająca się zalewać cały wszechświat jak wody potopu, wlewała się do jego umysłu przerażającymi, niosącymi zgrozę  falami. Jakby ogłuszony siłą niszczycielskiej powodzi, dryfował zamroczony po powierzchni ciemnej otchłani, zalewającej znany mu dotychczas świat. Wszystko, na czym mógł się oprzeć legło w gruzach, zmiecione niespodziewanie przez falę mroku. Czuł jego zimną głębię, bezdenną otchłań, sięgającą samego dna piekła. Głęboka czeluść zionęła wypełnioną panicznym lękiem pustką, pochłaniającą najmniejszy promień światła niczym czarna dziura. Niemal słyszał dobiegające z jej wnętrza, niosące się echem w jego czaszce zawodzenie demonów. Jakby próbowały zapanować nad nim, do tej pory uśpione, teraz przebudzone wraz z nastaniem zmroku. Uzmysłowił sobie jednak, że ich czas przeminął. Paląca się od trzech dni świeca zgasła. Nie wiedział, czy wyczerpany nieustannym czuwaniem przez trzy noce zasnął na chwilę, czy stracił przytomność, czy może śnił na jawie. Tym razem była tak rzeczywista, że niemal jej dotknął. Panującą jeszcze ciemność rozświetlało realne jak nigdy dotąd wspomnienie jej olśniewającego blasku. Delikatne nawoływanie rozbrzmiewało jeszcze echem, rozpraszając niepokojącą ciszę.

Otrząsnął się nerwowo, jakby przebudzony z koszmaru. Był bezwładny, jak unoszący się w ciemności, mający się narodzić płód, nie znający niczego poza otaczającym go, ciemnym matczynym łonem. Wyciągając ręce jak nieporadne, szukające matki dziecko, zaczął brnąć powoli przed siebie tak niepewnie, jakby robił to po raz pierwszy. Przedzierał się przez gęstwinę ciemności skrywającej nieznaną mu dotychczas rzeczywistość.  Przez głowę przeszła mu nagle przerażająca myśl, że nie znajduje się w miejscu sprzed przebudzenia. Być może świeca wcale nie zgasła, a on nie zdążył zamknąć włazu kiedy jego towarzysz był przez niego wyciągany z krzykiem. Podzielił jego los. Ciemność nie przeminęła, a przynajmniej nie dla niego. Będzie trwała przez całą bezsenną wieczność, którą spędzi tutaj błądząc po omacku, opuszczony i zagubiony, ogarnięty panicznym lękiem i tęsknotą za jej blaskiem i kojącą bliskością. Jej wspomnienie ponownie go nieco uspokoiło. Kim mogła być jeśli nie świetlistą jutrzenką, gwiazdą poranną zapowiadającą nadejście świtu? Pobudzony tą ożywczą myślą odepchnął się energicznie, uniesiony świeżym powiewem marzeń. Jak lecący w niebiosa anioł, majestatycznie przecinający wypełnioną demonami ciemność. Gdy wreszcie trafił na ścianę, przywarł do niej całym ciałem, rozkładając ręce jakby chciał ją objąć niczym ukochaną po długiej rozłące. Trwał tak dłuższą chwilę, oddychając głęboko jak utrudzony wędrowny rycerz, który po wyczerpującej pielgrzymce upadł na upragnioną, uświęconą ziemię. Ile dałby, aby móc to uczynić. Zobaczyć ją znowu taką jaką pamiętał, unoszącą się majestatycznie jak królowa wszechświata, przyobleczona w gwieździstą koronę. Wyciągnął niepewnie rękę, aby znaleźć włącznik zasłoniętej przez trzy doby przysłony okiennej. Robił to z namaszczeniem i respektem, jak wybrany kapłan mający odsłonić świątynną kotarę, zakrywającą największą świętość. Świadomość tego, co może zobaczyć, napawała go ekscytacją i lękiem. Czy dane mu będzie ujrzeć odnawiającą tajemnicę piękna, czy może śmiertelnie przerażającą zgrozę okropieństwa? Przypomniał sobie jej delikatne, cudownie czyste, przepełniające spokojem piękno. Czuł przecież, że wzywa go. Czy otaczająca go nieprzenikniona ciemność i głucha cisza, nie były zwiastunami nastającego poranka? Wiedział, że to właściwy czas i nie może dłużej czekać. Upragniona jasność rozbłysła wyzwalającymi promieniami nadziei. Ujrzał ją, całą w niebiańskim błękicie, spowitą blaskiem srebrzystego welonu, piękną jak nigdy dotąd. Cudownie jaśniejąca, czekała na niego niczym dziewicza oblubienica.

Jego krzyk przeszył głuchą ciszę, trafiając w martwą próżnię ciemności. Jak przebudzony nagle ze snu, łapał z trudem powietrze. Było gęste, niemal ciężkie, drażniąc przy każdym oddechu. Filtrowanie z toksyn jeszcze się w pełni nie zakończyło. Blada poświata zasilania awaryjnego delikatnie rozświetlała pogrążony w złowieszczym półmroku korytarz. Próbował znaleźć w niespokojnym umyśle jakieś inne wytłumaczenie na krwisto czerwone ślady na ścianie. Nie znalazł w nim jednak nic oprócz przerażenia. Pomimo, że domyślał się, co może oznaczać zupełna cisza, miał jednak wciąż nadzieję, że odnajdzie go żywego. Gdyby wtedy nie otworzył włazu pomimo jego ostrzeżeń, aby nie wpuszczać nikogo pod żadnym pozorem, byłby teraz z nim. Był oprócz niego jedyną osobą, która zgodziła się ukryć na ten czas. Reszta nie wierzyła ani snom, choćby najbardziej realnym, ani rzeczywistości, nawet najbardziej niezwykłej. Odrzucili zarówno wezwanie piękna, jak i groźbę ostrzeżenia. Gdy ognisty bolid spadł z nieba niczym anioł zagłady, było już za późno. Tego co wydarzyło się później mógł się jedynie domyślać, choć robił wszystko aby o tym nie myśleć. Po prostu brnął przed siebie, przeciskając się przez koszmar kolejnych korytarzy, tuneli i modułów, mijając posępne ciała członków załogi. Jeden z nich zastygł przy oknie, sparaliżowany przerażeniem niczym żona Lota patrząca na deszcz ognia i siarki. Rozerwane ciało innego unosiło się bezwładnie, przerażające niemal jak wyobrażenie istoty, która go zabiła. Błądził w obłąkańczym osamotnieniu, szukając żywej duszy. Desperackie nawoływanie pozostało bez echa. Nigdzie nie odnalazł porwanego towarzysza. Jakby rozpłynął się w próżni.

Na wpół przytomny, jak w sennym koszmarze, dostał się wreszcie do modułu. Wstrząśnięty i przerażony, czuł jakby przechodził ponowne narodziny. Wyrwany ze znanego świata, przeciskał się przez ciemny tunel, nie mogąc zaczerpnąć powietrza ani wydać krzyku. Każda chwila była koszmarną wiecznością. Teraz był już u wyjścia, prześwietlonego pierwszymi promieniami światła. Oślepiały go, jakby po raz pierwszy otworzył oczy. Zapinając pasy przymknął powieki, mając ją przed oczami. Myślał tylko o niej. Nie obchodziło go już nawet, czy kogoś odnajdzie. Ważne, że była ona, będąca całym jego światem. Była dniem i nocą, radością i smutkiem. Była rozkoszą i cierpieniem, początkiem i kresem. Była życiem i śmiercią. Odłączając się od stacji, pozostawiał za sobą stary świat niczym zły sen. Opuszczał go jak mroczne łono przygotowujące do nowego życia, pozostanie w którym oznaczałoby śmierć. Opuszczał ciemność podążając za jej światłem. Rozświetlała czarny horyzont, jak morska latarnia, jak jutrzenka wskazująca kierunek. Zbliżała się coraz bardziej, z każdą chwilą jaśniejsza i cudowniejsza. Wreszcie rozbłysła w pełni, zalewając go wodospadem blasku. Olśniewająca jasność oświeciła wszelki mrok, odsłaniając przed nim inny świat. Objawiła mu swoje piękno jak wybranemu, jedynemu oblubieńcowi. Rozpostarła błękit rozłożystego płaszcza, gotowa objąć go nim. Nie mógł pojąć, że jeszcze niedawno był on szczelnie zamknięty przez jej pochmurne, gniewne oblicze, nie dopuszczając najmniejszego promienia światła. Jak przeraźliwie straszna musiała być, skoro teraz była tak cudownie piękna. Błękit jej płaszcza rozpościerał się przed nim jak wszechogarniające niebiosa. Falował majestatycznie niczym polarna zorza. Zaczęła oplatać go białym całunem swego welonu, jakby mieli razem zatańczyć swój pierwszy, a zarazem ostatni taniec. Unosił się w lekkości jej bieli, muskającej delikatnie puchową miękkością. Otuliła go płaszczem niczym puszystą kołdrą obłoków. Byli tylko we dwoje, oddając się sobie, jak podczas poślubnej nocy. Jego umysł eksplodował z jasnością supernowej, wyzwolony z materii ciała, owładniętego potężną falą energii. Był lekki niczym obłok mgławicy. Był częścią wszechświata. Był częścią niej.

– O matko – wyszeptał, rozpływając się w rozkoszy, niczym kropla w oceanie piękna.

 

Mateusz Prygoń – absolwent wydziału jazzu i muzyki rozrywkowej w Katowicach i Zielonej Górze, w klasie saksofonu i fletu, oraz wydziału Edukacji Artystycznej w Szczecinie. Obecnie muzyk Orkiestry Wojskowej w Szczecinie i Big Bandu Filharmonii Szczecińskiej, oraz lider swojego kwartetu. Koncertował z gwiazdami sceny polskiej i zagranicznej. Pasję muzyczną zawsze dzielił, choć w mniejszym stopniu, z twórczością literacką, pisząc prozę, poezję oraz teksty piosenek. Wielbiciel twórczości Bruno Schulza. Wolne chwile poświęca na sport, czytanie (również komiksów), apologetykę oraz gry komputerowe.