12 lipca 2026 Autor Edyta Edis Anonima Rauhut 0

Od Kossaków nie da się uwolnić

Spread the love

Od Kossaków nie da się uwolnić

Cykl: Ludzie kultury

Grafika: Adrianna Rauhut.

Rafał Podraza wrócił do życiorysu młodszej córki Wojciecha Kossaka. W czerwcu ukazała się książka Magdalena Samozwaniec. 91 wspomnień o pierwszej damie polskiej satyry. Publikacja stanowi autorski wybór tekstów pochodzących z opracowania Gracjany Miller-Zielińskiej pod tytułem O Magdalenie Samozwaniec. Wspomnienia z 1979 roku oraz książki Rafała Podrazy Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec z 2012 roku. Biograf zapowiada kolejne publikacje z Magdaleną w roli głównej.

W zeszłym roku dużo pracy i czasu poświęcałeś Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Czy miało to wpływ na twoją motywację do powrotu do życiorysu Magdaleny Samozwaniec?

Tak. Jak zaczęło się mówić o Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, to również i o Samozwaniec. Nie ukrywam, że ponownie się w niej zakochałem.

Ale obiecywałeś, że nie wrócisz do Magdaleny…

Był taki moment w 2017 roku. Ale Samozwaniec cały czas była obok, czy to przez Pawlikowską-Jasnorzewską, czy przez Wojciecha Kossaka, bo jak to mawia Joanna Jurgała-Jureczka, od Kossaków nie da się uwolnić. Jak już raz chwycą, to nie puszczą.

We wstępie napisałeś, że historia Magdaleny domaga się ponownego opowiedzenia. Dlaczego?

Bo coraz częściej słyszę bzdury na jej temat. Coraz więcej pseudoekspertów chce pisać jej życiorys na nowo. 

Miałeś okazję poznać panią Gracjanę Miller-Zielińską?

Kiedyś bardzo mocno jej szukałem, ale nie dane mi było jej poznać. Była sekretarzem literackim Magdaleny i jej pierwszą biografką. Archiwum pisarki zachowało się dzięki niej. Teraz trafiło ono do mnie.

Rozumiem, że w planach są kolejne książki?

Oczywiście. Nie będę mówił, ile książek, bo trudno to określić. Na pewno pracuję nad książką z Joanną Jurgałą-Jureczką. To będzie biografia, która ma odpowiedzieć na wiele pytań zadawanych albo… pomijanych. Chciałbym poukładać losy Madzi, żeby to było zgodne z aktualną wiedzą. Wypowiemy się na temat Teresy Starzewskiej, gdyż narosło wokół relacji Magdaleny i jej córki sporo mitów. Uważam, że czas je wyjaśnić.

Z tobą skontaktowała się wnuczka pani Gracjany Miller-Zielińskiej. Mógłbyś opowiedzieć czytelnikom o kulisach powstania książki Magdalena Samozwaniec. 91 wspomnień o pierwszej damie polskiej satyry?

W czerwcu zeszłego roku zmarła Gracjana Miller-Zielińska. Dowiedziałem się o tym z mediów. Rozmawiałem z mamą o tym, że nie udało mi się do niej dotrzeć. Minęło trochę czasu. W grudniu dostałem maila od wnuczki pani Gracjany, również Gracjany, z zapytaniem, czy nie chcę przejrzeć materiałów, które zostały po Magdalenie.  Przeżyłem szok. Moje archiwa to zaledwie ułamek tego, co teraz mam. Trafiło do mnie prawdziwe archiwum pisarza.

Rzuca to nowe światło na Magdalenę?

Tak. Jest kilka rzeczy, które mnie interesują. Choćby listy Kucharci (Heleny Kołatówny) do Magdaleny, właściwie do jaśnie panienki Magdaleny. Ta historia nie była jeszcze opowiedziana, więc mogę do tego usiąść i nie będzie to wtórne.

Chciałabym jeszcze wrócić do twojej najnowszej książki. Czy praca nad publikacją, która częściowo jest pracą twoją, częściowo pani Gracjany Miller-Zielińskiej, była dla ciebie wyzwaniem?

Nie dla mnie, a dla Róży Czerniawskiej-Karcz, bo to ona stworzyła tę książkę, zajmując się jej redakcją. Ja zainicjowałem pomysł. Wydawca był zainteresowany. To, że ona jest taka piękna, podzielona na rozdziały, to efekt ogromu pracy redaktorki. Dzięki niej mamy książkę odpowiednio „przyciętą”, zredagowaną i poukładaną. Jej trzeba zadać to pytanie

Magdalenę Samozwaniec wspomina także współautorka książki, Gracjana Miller-Zielińska…

To było gotowe wspomnienie, maszynopis, który przepisałem i za zgodą syna pani Gracjany, wykorzystałem w książce. A jako że Gracjana Miller-Zielińska nigdy nie opublikowała tego wspomnienia, to była znakomita okazja by to zrobić. 

Czyli to jedno z tych nowych wspomnień?

Tak.

Wspomnienie Teresy Podrazy zostało poszerzone o wypowiedź o szukaniu sensacji w rodzinie Kossaków. Czy to odnosi się do filmu o Simonie Kossak, który wyreżyserował Adrian Panek?

Nie tylko do filmu. Do książek także. Publikacje pani Czyńskiej, czy Kamińskiej mają w sobie nutę sensacji. Nie uważam wspomnianych autorek za badaczki Kossaków. Są dobrymi pisarkami, ale piszą biografie na zlecenie. Nie wnikają głęboko w temat – jest to zrozumiałe. W ich publikacjach widzę sporo błędów, albo złego odczytywania kodu Kossaków. A to powoduje zamieszanie, jak w filmie Simona Kossak, gdzie jest bardzo dużo przekłamań. Więc chyba wypowiedź mojej mamy jest taka podsumowująca, dzisiaj symboliczna, bo zmarła kilka miesięcy temu.

Co masz na myśli, mówiąc o kodzie Kossaków?

Nie można czytać Kossaków jeden do jednego. Oni mają swój wewnętrzny język. Joanna Jurgała-Jureczka, Elżbieta Hurnikowa, ja także, czyli osoby zajmujące się tą rodziną od lat w miarę umiemy go „czytać”, bo mamy punkt odniesienia, kontekst. Niezrozumienie tego wewnętrznego języka powoduje, że wychodzą takie książkowe kwiatki jak na przykład książka sprzed kilku lat, w której autor udowadniał, że Wojciech Kossak nie lubił swoich córek.

Naprawdę? Córki były przecież oczkiem w głowie Wojciecha.

Ale zdaniem autora słowo kukły oznaczało, że ich nie lubił. Tak, jak mówiłem nie da się czytać Kossaków, jak się ich nie rozumie.

Co było przekłamane w filmie o Simonie Kossak?

Elżbieta Kossakowa ustami Agaty Kuleszy mówi, że Wojciech był dziwkarzem. Po pierwsze takiego języka się nie używało się na Kossakówce, po drugie Elżbieta Kossak kochała Kossaków i miała ogromny szacunek do spuścizny Wojciecha. Więc wkładanie jej w usta takich zdań, to skandal. Ale to tylko świadczy o tym, że ktoś kto pisał ten słaby jakościowo scenariusz nie ma pojęcia o tej rodzinie.

Mnie zawsze ciekawiła relacja Magdaleny Samozwaniec z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską. Widać różnicę między tym, jak ich relację opisują osoby wspominające, a tym jak opisuje ją sama Magdalena. Maria jest odbierana tak, jakby chciała dokuczyć swojej siostrze.

Bo tak było. Magdalena zbudowała piękny pomnik Marii. Książki Maria i Magdalena czy Zalotnica niebieska były powodem dla powstania mitu cudownej, wspaniałej, delikatnej Marii, ale Lilka taka nie była. Czytając jej wypowiedzi, listy odnoszę wrażenie, że była wręcz toksyczną siostrą.

Ale na łożu śmierci Maria tęskniła za Madzią…

Tak, ale wcześniej potrafiła jej tak dogryźć, że Madzia nieraz płakała. Więc tak, są momenty, że inaczej odbieramy to, co robiliśmy, ale tam była i zazdrość, i zawiść. Niezgoda na sukcesy młodszej siostry, punktowanie jej błędów, co nie było fajne.

Maria była toksyczną siostrą? W opowieściach Magdaleny widać, że konkurowały ze sobą już od dzieciństwa.

Myślę, że tak. Lilka była tym cudownym dzieckiem, które było promowane w domu, chwalone, a wręcz wielbione, a Madzia była tą siostrą, która niekoniecznie miała być wybitna, co rodzi u   dziecka traumy.

Madzia jednak odnosi sukces…

Madzia odnosi sukces i też – co mnie przeraża – Wojciech Kossak nie chwali tego.  Dziwi się wręcz, jak głupotki Magdaleny mogą robić furorę. Przecież Lilka miała być tą cudowną siostrą. Jak czyta się Magdalenę, to można znaleźć takie hasła niby byłam taka głupiutka, a jednak zrobiłam karierę. Z pewnością są to pozostałości po traumie, była dzieckiem troszeczkę odrzuconym. Brzmi to okrutnie, ale Wojciech Kossak i Maria Kisielnicka-Kossak nie odrobili do końca lekcji z rodzicielstwa, co mnie dziwi, bo zawsze stawiałem ich za wzór cudownych rodziców. A tutaj widzę, że ta przepaść między Lilką a Madzią w tych relacjach rodzicielskich była duża. Na ich obronę mam to, że Lilka była osobą z niepełnosprawnością, co też mogło być powodem takiego stanu rzeczy.

Widzisz różnicę między tym, jak odbierają Magdalenę młodzi, a jak starsze pokolenia?

Młodzi widzą w niej influencerkę, napisałem to we wstępie. Widzą postać, która by sobie znakomicie poradziła w mediach i w tym świecie nowoczesnym. Bardziej jest im współczesna niż Maria. Sięgają po nią, bo ją rozumieją, widzą i czyją jej dowcip. Podejrzewam, że gdyby żyła, miałaby wśród młodych rzesze fanów. Starsi widzą w niej zawsze siostrę Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Z jakimi markami mogłaby być związana Magdalena jako influencerka?

Na pewno z markami z branży kosmetycznej i odzieżowej. Mogłaby promować też buty, torebki. Była modnisią. Boy-Żeleński powiedział, że Lilka żyje dla pisania, Madzia żyje z pisania. Więc podejrzewam, że w każdym nurcie, gdzie mogłaby finansowo „wyrwać” coś dla siebie, znakomicie by się odnalazła.

A w promowaniu książek też by się odnalazła?

Oczywiście, że tak. Mówimy o jej książkach?

Mówimy o jej książkach i sytuacji, kiedy miałaby promować kogoś?

Myślę, że swoje by promowała, ale publikacje konkurencji nie bardzo. Madzia raz tylko podjęła się napisania recenzji i nie była to recenzja, oględnie mówiąc, udana… Podejrzewam, że jeżeli chodzi o jej literaturę, tę o Kossakach i tomiki Lilki, to podnosiłaby w recenzjach ich rangę, ratowała i pisała dobrze, ale mogłoby być nieciekawie, gdyby zapytano ją o książki Zofii Kossak.

Za co można nie lubić Magdaleny, a za co ją lubić?

Trudne pytanie, bo ja całym sobą kocham wręcz Madzię..

Dziękuję za rozmowę.